Można porównywać lokalizacje, oglądać mapy, sprawdzać dojazd i otoczenie. A jednak czasem trafia się na przestrzeń, która zatrzymuje człowieka już od pierwszych chwil. Nie dlatego, że jest najpiękniejsza. Dlatego, że budzi coś, czego nie potrafimy od razu nazwać.
Tak było z tym miejscem.
Przez długi czas szukałam ziemi, na której powstanie Weles. Każda wyglądała dobrze. Każda miała swoje zalety. Ale żadna nie dawała poczucia, którego szukałam.
Aż pewnego dnia stanęłam tutaj. Wśród drzew. W ciszy. Z dala od wszystkiego. Zerwałam liść paproci i przez chwilę trzymałam go przy sercu.
To był ten moment.
Nie dlatego, że wydarzyło się coś niezwykłego. Po prostu poczułam spokój, którego wcześniej nie znalazłam nigdzie indziej. Do dziś ta paproć jest oprawiona w ramkę i przypomina mi chwilę, od której wszystko się zaczęło.
To miejsce ma swój własny rytm. Rankiem budzą je ptaki. Wiewiórki przeskakują między gałęziami. Dzięcioł wystukuje swój codzienny rytm. Czasem przez polanę przebiegnie zając, czasem pojawi się sarna. Są też wieczory, kiedy jedynym dźwiękiem pozostaje wiatr poruszający koronami drzew.
Tutaj świat nie milknie. To my w końcu zaczynamy go słyszeć.
Dlatego Weles od początku miało pozostać miejscem kameralnym. Nie chcieliśmy podporządkować natury człowiekowi. Chcieliśmy stworzyć przestrzeń, w której człowiek znowu może stać się częścią natury.
Być może właśnie dlatego wielu naszych gości mówi później nie o domkach, saunie czy balii. Mówią o uczuciu. O tym, że dawno nigdzie nie było im tak spokojnie.